Ewolucja wypchnęła nas z wody i nie dała skrzydeł do latania. Aktywność na lądzie jest dla nas naturalna i tylko osiągnięcia techniki pomagają nam wykraczać poza grawitację czy umożliwiać dłuższe przebywanie w morzach.

Jesteśmy niczym mitologiczny Anteusz, który czerpał siły po zetknięciu z Ziemią. Walczymy z oporem materii własnej oraz tej, z którą stykamy się powierzchnią ciała. Wciąż jednak możemy na tej Ziemi spocząć i zebrać siły do następnych wyzwań. Nie jesteśmy ptakami, które odpoczywają w locie, nie potrafimy bezkarnie zasnąć na powierzchni wody. Potrzebujemy twardego gruntu pod stopami, by przypominał nam o tym, skąd się wywodzimy, co musimy realnie zrobić, by dojść do naszych konkretnych celów. Jazda na rowerze czy wspinaczka górska pozwalają na poznanie własnego ciała i jego ograniczeń, ale przede wszystkim na rozwijanie cech, które mamy wpisane w DNA, takich jak szybkość, wytrzymałość, skoczność.

Aktywności lądowe są z reguły tańsze, a przy tym stosunkowo mało czasochłonne. Pójście na basen czy kurs pilotażu wymaga więcej zachodu niż założenie butów biegowych i ruszenie na trening pod domem.

Z reguły sporty na lądzie nie wymagają aż takiego opanowania umiejętności, jak wodne czy lotnicze. Czyli są bardziej, w dobrym tego słowa znaczeniu, egalitarne. Amatorzy szybciej cieszą się sprawnością i aktywnością, nieobciążoną „nadbudową” sprzętową. Wyczynowcy rywalizują i porównują się do ludzi na całym świecie, a nie tylko wewnątrz wąskiej grupy uprawnionych.

Sam trenuję i propaguję bieganie jako najbardziej dostępną, tanią, zdrową aktywność. Pokonanie pierwszych w życiu 5 km wymaga własnej pracy, ale nie niebotycznych nakładów czy obecności opiekuna, który w początkowej fazie sportów wodnych lub powietrznych musi literalnie chronić nowicjusza przed utopieniem lub upadkiem z wysokości. W dodatku kształtowana w amatorskim bieganiu wytrzymałość zmniejsza ryzyko chorób cywilizacyjnych, usprawnia zasiedziałych, szybko poprawia kondycję psychiczną, bo przecież... „Dałem radę!”.