Adam Klein

Redaktor naczelny portalu www.bieganie.pl

Metodą selekcji naturalnej biegali tylko ci, którym od razu przychodziło to z łatwością, szczupli, silni, zwinni. Wiedza o korzyściach dla zdrowia płynących z biegania zaczęła szerzyć się od końca lat 60. Pierwszy duży boom na bieganie, zwłaszcza w USA, ale i w Polsce za sprawą Tomasza Hopfera, to koniec lat 70. XX wieku. 
Nagle okazało się, że biegać chcą także ci, którzy nie są tacy aktywni, a ostatnie lata przesiedzieli za biurkiem. I wtedy okazało się, że wygoda butów zaczyna mieć znaczenie. Ci sprzed boomu byli mniej wymagający, biegali w czym się dało, poza tym nie było wyboru butów sportowych. Boom spowodował ogromny popyt na wygodne buty do biegania i producenci zaczęli konkurować ze sobą o to, które będą wygodniejsze.
Kontuzje były i będą nieodłącznym towarzyszem sportu, ale dla nowonarodzonych biegaczy były czymś nowym. W głowach producentów zaczęły kiełkować myśli, że może da się wyprodukować buty, które będą przeciwdziałały kontuzjom, co dawałoby im przewagę konkurencyjną. Ze swoimi pomysłami zwrócili się do środowiska amerykańskich podiatrów, czyli lekarzy zajmujących się od kilkudziesięciu lat problemami stóp, stawów skokowych.
Podiatrzy zaproponowali cały szereg technicznych udogodnień, a także kilka prostych testów pozwalających aspirującym biegaczom na dokonanie autoanalizy, czy są w grupie podwyższonego ryzyka, narażonej na kontuzje. Popularne testy to: test mokrej stopy, test ścierania się podeszw, test ustawienia pięty. Za winowajcę większości kontuzji uznano tak zwaną pronację, czyli odchylanie się stawu skokowego do środka w trakcie biegu, w trakcie amortyzowania. Jeśli uznano, że miałeś nadmierną  pronację pozostawało ci albo zaprzestanie biegania, albo bieganie w specjalnie zbudowanych butach, które miały ustabilizować skręcającą się kostkę.
Wokół tej koncepcji w ciągu ostatnich 30 lat wyrósł olbrzymi przemysł: dzisiaj mamy kilkanaście super technologicznych metod analizowania tego, czy mamy pronację. W każdym sklepie dla biegaczy znajdziemy ludzi, którzy w sposób fachowy pokażą nam nawet na video, jak nasza stopa pronuje i jakie buty należy wybrać. Producenci z roku na rok produkują coraz to nowsze systemy korygowania pronacji, czy stabilizowania stopy. I co najważniejsze, konsumenci, czyli biegacze, karmieni przez lata pozornie logicznym rozumowaniem o konieczności korygowania pronacji, dzisiaj właśnie tym sugerują się przy wyborze butów. Ten przemysł wart jest dzisiaj miliardy dolarów.
I tylko chyba brakowi zdrowego rozsądku należy przypisywać to, że 30 lat temu nikt nie zadał sobie pytania: czy są jakieś dowody na to, że pronacja jest dla biegacza szkodliwa? Nikt nie pomyślał o tym, że podiatrzy, którzy to wszystko wymyślili, wywodzili swoje pomysły z… chodu. Generalnie, wzorzec chodu jest praktycznie zawsze taki sam, dla każdego człowieka. Tymczasem z bieganiem jest inaczej. Na to jak ustawia się stopa ma wpływ nasza prędkość, technika biegu, nawierzchnia, po której biegamy, buty w których biegamy. Możemy celowo zmieniać ustawienie stopy, co w chodzie nie ma sensu. Ale co najważniejsze, to pronacja jest częścią systemu amortyzowania naszego ciała w biegu! Czyli uniemożliwiając odchylanie się stopy, tak naprawdę odbieramy naszemu ciału jego naturalny system amortyzowania. Dopiero w ostatnich latach pojawiło się trochę naukowych badań na dużych grupach biegaczy, pokazujących, że nie ma absolutnie żadnego związku pomiędzy stopniem pronacji a doznawanymi kontuzjami, żadnego związku pomiędzy doborem “właściwych” butów a stopniem kontuzji. Rynek zabrnął w ślepą uliczkę i właśnie sobie to uświadamia…
Najbliższe miesiące pokażą, kto jako pierwszy wybiegnie z uliczki odważnie mówiąc, że korygowanie pronacji nie ma sensu. A jedyny sensowny sposób doboru buta to nasze subiektywne odczuwanie wygody oraz zastosowanie – czyli czy szukamy butów do biegania po asfaltowych lub parkowych alejkach, czy do biegania po terenie grząskim lub górzystym i kamienistym.